Od kilku dni w Polsce toczy się dyskusja, czy Orlen powracając do wyższej stawki Vat, jednocześnie nie podnosząc cen na stacjach oszukiwał nas przez wiele miesięcy drenując nasze kieszenie. Mówiąc o Orlenie trzeba w tym momencie przypomnieć, że zaopatruje on w paliwa także inne stacje działające w Polsce. Producenci samochodów od lat starają się znaleźć alternatywę dla tradycyjnych paliw. Jedną z takich alternatyw są rozwiązania elektryczne. Mówimy tu o napędach hybrydowych oraz w 100 procentach elektrycznych. Od wielu lat na polskich drogach widzimy hybrydowe Toyoty, która wypuściła już kolejną generację tych silników. Producenci przyciśnięci do ściany skoncentrowali się od kilku lat na tym drugim rozwiązaniu. W ofertach producentów mamy coraz więcej aut w pełni elektrycznych. Nasuwa się w związku z tym pytanie... czy stać nas obecnie na elektryczną rewolucję? To pytanie wbrew pozorom bardzo ważne. Auta elektryczne do najtańszych nie należą. Ich eksploatacja jest jeszcze dosyć opłacalna, choć od stycznia ceny prądu poszły w górę. Jeśli dodamy do tego problemy czysto prozaiczne. Mamy w Polsce deficyt szybkich stacji ładowania, co czyni z aut elektrycznych zakładników wielkich miast. Ciężko sobie jeszcze teraz wyobrazić swobodne poruszanie się elektrykami po całej Polsce, no chyba że planujemy podróż z dłuższymi postojami od standardowych podczas jazdy dieslami i benzyniakami. Od dwóch lat wraz z wysypem aut elektrycznych mówi się głośno o rozbudowie sieci szybkich ładowarek. Pierwszy duży projekt zapoczątkował Lotos tworząc tzw. Błękitny Szlak wzdłuż autostrady A1 w kierunku Gdańska. Plany planami, a przykład początkowej ze stacji tego projektu przy ulicy Łopuszańskiej w Warszawie pokazuje nam, jak daleko jeszcze do idealnie funkcjonującego programu. Brak szybkich 30 minutowych ładowarek, zamiast tego ładowanie od 0 do 100 procent w czasie 4 godzin (są dwa stanowiska - a co w przypadku przyjazdu kilku aut elektrycznych do ładowania w tym samym czasie). Nie napawa to szczególnym optymizmem przyszłych właścicieli drogich skąd inąd elektrycznych zabawek. Oczywiście rozwój technologii powoduje, że zasięgi aut elektrycznych regularnie aczkolwiek małymi kroczkami się wydłużają. Jednak nie do końca wyobrażam sobie sytuację gdzie jadąc w trasę będziemy zmuszeni ładować po drodze samochód przez 4 godziny, przy założeniu, że jedyne dwa gniazda na stacji nie są zajęte przez inne samochody. Pojawia się w tym momencie także pytanie o wydolność sieci energetycznych zasilających stacje ładowania. Mogę sobie wyobrazić stację z 10 szybkimi ładowarkami, ale nie do końca widzę możliwość doprowadzenia do tych stacji tak ogromnej ilości prądu? Szczególnie w obecnej rzeczywistości, którą mamy w kraju i na świecie. Obrońcy aut elektrycznych jako główny argument stawiają bezemisyjność pracy silników. OK, w pewnym sensie mają rację. Pozostaje jednak aspekt skąd się ten prąd w Polsce bierze? Polskie elektrownie są oparte póki co przede wszystkim na węglu, co do końca ekologiczne nie jest. Elektrownie atomowe mamy dopiero w planach. Inne formy pozyskiwania energii kuleją, zatem mówienie, że rozwój aut elektrycznych jest pro ekologiczny, to w Polsce jeszcze śpiew przyszłości. Podsumowując. Idziemy na pewno w dobrym kierunku, choć na dzień dzisiejszy jest to zabawa dla najzamożniejszych ludzi. Oczywiście rozwój tej technologii wliczony jest w standard naszych czasów, co nie przeszkadza w stwierdzeniu, że to nie jest jeszcze dobry moment na całkowite wyparcie tradycyjnych aut.

